Pijemy na potęgę!
Jeden z najbardziej kłamliwych toastów „Na zdrowie!” ma się świetnie. Wciąż ludzie
podnosząc kieliszki czy szklanki z trucizną, życzą sobie i innym zdrowia. Z trucizną!
Informacje o tym, że każda ilość alkoholu jest szkodliwa dla zdrowia jest faktem, ale niezbyt
mocno funkcjonuje w przestrzeni medialnej a w świadomości użytkowników alkoholu niemal
wcale. Wyniki badań o tym, że alkohol to trucizna ukazały się niedawno, ale wiadomo, że
przeszkadzają lobbystom i wszystkim, którzy mają wielkie profity na etanolu. Można „bić na
alarm”, informować z dużym ładunkiem emocjonalnym, że Polacy piją alkohol więcej niż w
czasach PRL-u (ok. 7 litrów per capita – PRL vs. ok. 12 litrów – dziś) – świadomość ludzi się
nie zmienia znacząco a ich działania jeszcze mniej.
Dlaczego?
Zasadnicze pytanie brzmi nie: ile alkoholu piją Polacy na głowę statystycznie – to już
wiadomo, tylko: dlaczego? To pierwsze pytanie, konieczne do zadania. Po nim pada drugie,
ważniejsze i jest podejmowane przez osoby działające w obszarze profilaktyki. To pytanie
brzmi i pociąga następne: Co teraz? Co z tymi faktami zrobić? Jak przeciwdziałać? Jak
docierać do konsumentów? Jak wcześniej dotrzeć do potencjalnych konsumentów?
Odpowiedź na pytanie „dlaczego?” jest obszerna, zahacza o polską historię. Byliśmy
celowo rozpijani – tak można powiedzieć w ogromnym skrócie. Dziś, po dekadach od
transformacji ustrojowej, władza stosuje te same „środki naprawcze” narodu, dla łatwiejszego
rządzenia. Człowiek rozmiękczony przez różne uzależniacze (wśród których alkohol jest
mocnym, ale nie jedynym), jest łatwiejszy w kontroli i sterowaniu.
Co teraz?
Łatwo postawić pytanie: „dlaczego?”, nawet dość łatwo odpowiedzieć na nie, trudniej spytać:
„Co teraz?”, a najtrudniej odpowiedzieć na to ostatnie pytanie, które można śmiało
potraktować – w kontekście wielkiego problemu jakim jest alkohol w Polsce – jako
prowokacyjne.
Teraz, jak i wcześniej, profilaktycy muszą zakasać rękawy a wszyscy inni, czyli
działacze społeczni, polityczni, schować strach w buty i działać. Już widać pewne poruszenie,
choć trwało to nieznośnie długo, ale jest efekt działania. Niektóre z wielkich polskich miast
wprowadziły ograniczenia godzin sprzedaży alkoholu, dając spragnionym czas tylko do 22.00
(i od godzin rannych). Można to nazwać czasową prohibicją, ale pojęcie „prohibicja” kojarzy
się z wielkim ograniczeniem wolności oraz ze społeczną klapą polityki amerykańskiej w
latach 30. zeszłego wieku. Jak zwał, tak zwał, ograniczenie jest. Decydenci rozważają też
zakaz sprzedaży alkoholu na stacjach paliw, które to zjawisko (sprzedaż, nie zakaz) jest
ewenementem na skalę europejską.
Oswojenie, przyzwyczajenie, nawyk
Polacy przyzwyczaili się do tego, że o każdej porze można nabyć truciznę (w razie przymusu
zdobycia i w innych okolicznościach) na stacjach paliw. Czasem jednak miewają refleksję, na
przykład mój znajomy, czynnie uczestniczący w pijackim życiu Polaków, zżymał się kiedyś
na wszechdostępność etanolu w tych miejscach, i braku regulacji sprzedaży osobom, które już
są w stanie wskazującym a przychodzą „dołożyć do pieca”. To nielogiczna i niemoralna
sytuacja, żeby truciznę sprzedawać komuś, kto ma już ją w sobie. Z pewnością nie można
takiego zachowania sprzedawców obronić powołując się na wolność konsumentów.
Polska niechlubnie zapisała się na europejskiej mapie zjawiskiem dostępnym jedynie
w tym kraju, w żadnym innym (nawet Ukraina, choć to inna bajka, ma zakazy godzinowe). U
nas pić alkohol można zwłaszcza dzięki stacjom paliw – całą dobę. Absurd! Niestety ten
absurd wrósł w naszą rzeczywistość do tego stopnia, że młodzież nie ma refleksji, nie reaguje,
uznaje za naturalność.
„Alicja” w krainie „czarów”
Rodzic tankuje paliwo, idzie ze swą pociechą, by zapłacić za nie, a za kasjerem – morze
alkoholu. Jak tu jeździć na trzeźwo, skoro etanol wręcz krzyczy swoją obecnością: Kup mnie!
Wypij mnie! Sytuacja jak z „Alicji w krainie czarów”, Polak, jak Alicja wciąż staje przed
wyborem: kupić czy nie kupić ergo wypić czy nie wypić? Alicja po magicznym napoju
zmieniała swe rozmiary, Polak po etanolu także. I chodzi o jakiekolwiek ilości wypitego
„magicznego napoju”, nie tylko duże ilości, każda ilość trucizny oddziałuje na człowieka.
Właśnie o tę wszędobylską zachętę w postaci reklamy chodzi. Alkohol zanęca
wszędzie: w sklepie spożywczym, gdzie stoi i czeka na kupienie, na stacji paliw, gdzie woła
stęskniony za wypiciem, na reklamie piwa, która wzmacnia więzi towarzyskie (reklama, piwo
niekoniecznie), podczas wydarzeń sportowych, gdzie wręcz etanol śmieje się w twarz
sportowcom i kibicom.
W etanolowych objęciach
Nie, nie zapomniałam o imprezach towarzyskich, integracyjnych czy rodzinnych. Tam
niejednokrotnie (nie powiem „zawsze”, bo zdarzają się imprezy bezalkoholowe) trucizna leje
się strumieniami. A dzieci widzą, obserwują i wnioski wyciągają. Czy dorośli weryfikują to
dziecięce pozytywne podejście do alkoholu, które najsilniej ujawni się w adolescencji? Raczej
nie weryfikują, bo po co? Przecież oswoiliśmy się z tym, że to nie alkohol jest zły, to
niektórzy ludzie są głupi, wpadając w jego nałogowe objęcia. W zbiorowej świadomości
rozgrzeszamy pijących alkohol, cedując negatywne skutki kontaktu z trucizną na
uzależnionych. Sam alkohol to kumpel, towarzysz, umilacz czasu, łamacz pierwszych lodów,
rozwiązywacz kłopotów. A prawda jest naga i nieatrakcyjna dla ludzi: alkohol to trucizna,
żadnych problemów nie rozwiązuje, przyjaźni nie podtrzymuje, miłości nie wyzwala. Tę nagą
prawdę przykrywa się jednak ubraniami kłamstw już wobec dzieci. To one obserwują
podchmielonych rodziców i utożsamiają „dobrą zabawę” z obecnością etanolu. Niestety
wciąż niewielu rodziców stać na odwagę wobec swych dzieci w głoszeniu niewygodnej
prawdy. Niestety wciąż mniej dorosłych pije napoje bezalkoholowe niż alkoholowe.
Na zdrowie?
Kiedy rozmawiam z uczniami kl. IV czy V na temat korzyści z picia alkoholu, najczęściej
słyszę, że nie ma. W naszej profilaktycznej rozmowie nie chodzi o uświadamianie dzieciom
plusów z picia alkoholu oczywiście, ale to również istotny element programu: uczniowie sami
mają zobaczyć brak pozytywów z picia etanolu. I widzą. Czasem jednak słyszę od dziesięcio-
lub jedenastolatków, że alkohol jest zdrowy. Kiedy natomiast dopytuję (nawet starszych
uczniów, z kl. VI czy VII), jakie są te prozdrowotne właściwości alkoholu, zapada głucha
cisza. Sporo nastolatków wzrasta z przekonaniem, które – jako zbiorowy mit żywo obecny w
polskim społeczeństwie – nadaje ton rozrywce i sposobom spędzania czasu wolnego. Wielu
nastolatków powtarza jak kolorowy ptak ten obalony już niegdyś mit, że alkohol jest zdrowy.
Kto z nas nie słyszał, że np. wino jest zdrowe na serce a piwo na nerki? Wiem, że też lekarze
powielają te mity, pisząc książki czy zalecając pacjentom z chorymi nerkami picie piwa
(casus mojej znajomej, ale przecież nie tylko jej).
Niestety „na zdrowie” utrwaliło się w polskiej mentalności, w polskich „imprezowych”
gestach.
Pijane społeczeństwo, pijane dzieci
Nie będę teraz przytaczać przypadków, gdy pijana Polka urodziła pijane dziecko – wszyscy
mamy tego świadomość, pewnie komentujemy w większości jako casus patologii. Branża
alkoholowa posunęła się do tego stopnia zwyrodnienia… tak mogłabym napisać, ale prawda
leży między marketingiem a zgodą dorosłych na te reklamowe aberracje. Napiszę więc
inaczej: koncerny alkoholowe wespół z rodzicami poszły już w tę stronę, że podają dzieciom
napoje naśladujące alkohole i jest to już utrwalone. Kto z nas nie słyszał o piccolo, szampanie
dla dzieci? A kto z nas nie wie o tym, że ten trunek jest popularny wśród najmłodszych
konsumentów, przyszłych konsumentów alkoholu? Przełożenie jest bardzo prawdopodobne –
kto za dziecka pił piccolo, ten nie pogardzi we wczesnej dorosłości szampanem, a pewnie
wcześniej sięgnie po piwo, bo przecież w dzieciństwie był przez rodzica zachęcony
„zerówką”.
Prawie zero
Coraz więcej dzieci mówi o piwie zero podczas programów profilaktycznych. Coraz więcej
dzieci uznaje piwo zero za dobre też dla nich, tym bardziej że podali mu je rodzice. Nie ma
lepszej zachęty dla dziecka niż „rekomendacja” rodzica, czyli poczęstowanie go przez
dorosłego. Gdy autorytet rodzicielski działa, dziecko przyjmuje i naśladuje.
Czy piwna „zerówka” różni się czymś od piwa z alkoholem? Dla dziecka, jeśli je
porówna wizualnie – niczym. I właśnie o to chodzi, by różnica była trudna do uchwycenia, a
sam wygląd zachęcał najmłodszych. To jest przecież drapieżny marketing, który nie bierze
jeńców. Ma wygrywać i wygrywa wszelkie bitwy. Natomiast wygrana wojna (wojenna
nomenklatura towarzyszy naszej rzeczywistości, w tym wypadku jest wg mnie prawomocna)
zależy od dorosłych czyli rodziców. Można śmiało (i z przerażeniem jednocześnie)
powiedzieć, że walka toczy się w każdej polskiej rodzinie. Walka rodzica z alkoholem o
dziecko. Brzmi absurdalnie? To przecież „czysta” alkoholowa prawda! Jeśli dorosły wygra
walkę, dziecko będzie wolne od alkoholu, z pewnością w czasie socjalizacji pierwotnej, w
rodzinie. Natomiast w szkole, przy rówieśnikach, których rodzice także wcześniej toczyli
walkę z alkoholem (albo też szybko się poddali) bitwy rozgrywają się w sumieniu i w
wolności nastolatka. Uległość wobec trucizny często ukazuje krajobraz wojennej pożogi.
Alkohol jest niewybrednym zwycięzcą, bierze jeńców czyli dzieci i nastolatki albo po prostu
zabija.
Koń trojański
Rodzicu! Nastolatku! Dziecko! Bądźcie świadomi tego, z czym macie do czynienia. To wróg.
Alkohol jest trucizną. Rzeczywistość jest zakłamana, ubrana w cuchnące ubrania reklamy,
których sponsorem jest branża alkoholowa. Zbyt dużo tych kłamstw, tych fatałaszków, naga
prawda kuli się gdzieś po kątach rzeczywistości, jest przeganiana przez oszukanych
dorosłych, którzy nie chcą się z nią pojednać. Polacy dawno otwarli drzwi swoich mieszkań i
serca wrogowi, który ich wciąż zwycięża. Oprócz swoich serc, otwierają też drzwi umysłów
swoich dzieci. Alkohol to koń trojański naszej polskiej rzeczywistości – destruuje podstępnie
i niestety na życzenie ludzi.
Profilaktyk ma niezwykle trudne, ale konieczne do realizacji zadanie – wciąż
uświadamiać, rozmawiać z nastolatkiem, przedstawiać etanol z tej właściwej, zagłuszonej
przez lobbystów strony. Czy zdąży przed inicjacją alkoholową? A jeśli nie, i tak powinien
realizować swój właściwy cel. Lepszy gram profilaktyki niż kilogram lekarstw.


